Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gut Morgen, meine Kinder!... Der Kaffee ist schon...
Pobiegłem i ucałowałem jej suche rączyny, nie mogąc słowa przemówić.
— Ignaz!... Herr Jesäs... Ignaz! — zawołała, ściskając mnie. — Wo bist du so lange gewesen, lieber Ignaz?...
— No, przecie Grossmutter wie, że był na wojnie. Co się tu pytać, gdzie był? — wtrącił Jan.
— Herr Jesäs!... Aber du hast noch kein Kaffee getrunken?...
— Naturalnie, że nie pił — odparł Jan w mojem imieniu.
— Du lieber Gott! Es ist ja schon zehn Uhr...
Nalała mi kubek kawy, wręczyła trzy świeże bułki i znikła, jak zwykle.
Teraz główne drzwi otworzyły się z łoskotem i wbiegł Franc Mincel, tłuściejszy i czerwieńszy od brata.
— Jak się masz, Ignacy!... — zawołał, padając mi w objęcia.
— Nie całuj się z tym durniem, który jest zakałą rodu Minclów!... — rzekł do mnie Jan.
— Oj! oj! co mi to za ród!... — odparł ze śmiechem Franc. — Nasz ojciec przyjechał taczkami we dwa psy...
— Nie gadam z panem! — wrzasnął Jan.
— Ja też nie do pana mówię, tylko do Ignacego — odparł Franc. — A nasz stryj — ciągnął