Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i ciasne, a ludzie posępni. Sklep J. Mincla na Krakowskiem Przedmieściu łatwo znalazłem; ale, na widok znanych miejsc i szyldów, serce zaczęło mi się tak trząść, żem chwilę musiał odpocząć.
Spojrzałem na sklep — prawie taki jak na Podwalu; na drzwiach blaszany pałasz i bęben (może ten sam, który widziałem w dzieciństwie!) — w oknie talerze, koń i skaczący kozak... Ktoś uchylił drzwi i zobaczyłem w głębi, zawieszone u sufitu: farby w pęcherzach, korki w siatce, nawet wypchanego krokodyla.
Za kontuarem, blisko okna, siedział na starym fotelu Jan Mincel i ciągnął za sznurek kozaka...
Wszedłem, drżąc jak galareta i stanąłem naprzeciw Jasia. Zobaczywszy mnie (już zaczął tyć chłopak), ciężko uniósł się z fotelu i przymrużył oczy. Nagle krzyknął do jednego z chłopców sklepowych:
— Wicek!... gnaj do panny Małgorzaty i powiedz, że wesele zaraz po Wielkiej Nocy...
Potem wyciągnął do mnie obie ręce ponad kontuarem i długo ściskaliśmy się, milcząc.
— Aleś też walił szwabów! Wiem, wiem — szepnął mi do ucha. — Siadaj — dodał, wskazując krzesło. — Kaziek! rwij do Grossmutter... Pan Rzecki przyjechał...
Siadłem i znowu nie mówiliśmy nic do siebie. On żałośnie trząsł głową, ja spuściłem oczy. Obaj myśleliśmy o biednym Katzu i o naszych zawie-