Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Eljen mag’jar!... Oto będziemy spali... Żeby tak jeszcze z kielich śliwowicy do poduszki!...
W tem wesołem towarzystwie obdartusów, przed którymi nawet wrony uciekały, tylko Katz był pochmurny. On najczęściej odpoczywał i jakoś prędzej mizerniał; miał spieczone usta, a w oczach blade iskry.
— Boję się, żeby nie dostał zgniłej gorączki — rzekł raz do mnie Szapary.
Niedaleko rzeki Sawy, nie wiem którego dnia naszej wędrówki, znaleźliśmy w pustej okolicy kilka chat, gdzie nas bardzo gościnnie przyjęto. Mrok już zapadł, wściekle byliśmy znużeni, ale dobry ogień i butelka śliwowicy napędziły nam wesołych myśli.
— Przysięgam — wołał Szapary — że najdalej w marcu Kossuth powoła nas do szeregów. Głupstwo zrobiliśmy, łamiąc szpady...
— Może jeszcze w grudniu Turek wojska posunie — dodał Stein. — Ażeby się choć wygoić do tego czasu...
— Moi kochani!... — jęczał Liptak, zawijając się w grochowiny — kładźcie się do dyabła spać, bo inaczej ani Kossuth, ani Turek nas nie rozbudzi.
— Pewno, że nie rozbudzi! — mruknął Katz.
Siedział na ławie naprzeciw komina i smutno patrzył w ogień.
— Ty, Katz, niedługo w sprawiedliwość boską