Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


warczenie, już nie ogłuszające, ale wprost ogłupiające. Ogarnęła mnie apatya.
Przed nami, może na pół wiorsty, bałwaniła się szeroka kolumna dymu, którą budzący się wiatr niekiedy rozdzierał. Wówczas na chwilę można było widzieć długi szereg nóg, albo kasków, z połyskującemi obok nich bagnetami. Nad tamtą kolumną i nad naszą kolumną, szumiały granaty, wymieniane pomiędzy bateryą węgierską, która strzelała zpoza nas i austryacką, odzywającą się ze wzgórz przeciwległych.
Rzeka dymu, ciągnąca się przez równinę, ku południowi, kłębiła się jeszcze mocniej i była bardzo pogięta. Gdzie austryacy brali górę, zgięcie szło nalewo, gdzie węgrzy — naprawo. Wogóle pasmo dymu wyginało się bardziej naprawo, jakby nasi już odepchnęli austryaków. Po całej równinie słała się delikatna mgła, niebieskawej barwy.
Dziwna rzecz: huk, choć silniejszy teraz, aniżeli był zpoczątku, już nie robił na mnie wrażenia; ażeby go słyszeć, musiałem się dopiero wsłuchiwać. Tymczasem bardzo wyraźnie dochodził mnie szczęk nabijanych karabinów, albo trzask kurków.
Przyleciał adjutant, zatrąbiono, oficerowie zaczęli przemawiać.
— Chłopcy! — wrzeszczał na całe gardło nasz porucznik, który niedawno uciekł z seminaryum. — Zrejterowaliśmy, bo szwabów było więcej, ale teraz