Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i lał deszcz karabinowych strzałów. Kto takiej burzy, przy jasnym niebie, nie słyszał, bracie Katz, ten nie zna się na muzyce!... Pamiętasz, jak nam wówczas dziwnie było na sercu?... Nie strach, ale tak coś jakby żal i ciekawość...
Skrzydłowe bataliony oddalały się od nas coraz bardziej; wreszcie prawy zniknął za wzgórzami, a lewy o paręset sążni od nas, dał nurka w szeroki parów i tylko kiedyniekiedy błysnęła fala jego bagnetów. Podzieli się gdzieś huzarzy i armaty i ciągnąca ztyłu rezerwa, i został sam nasz batalion, schodzący z jednego wzgórza, ażeby wejść na drugie, jeszcze wyższe. Tylko od czasu do czasu z frontu, od tyłu, albo z boków, przyleciał jakiś jeździec z kartką, albo z ustnem poleceniem do majora. Prawdziwy cud, że od tylu poleceń nie zamąciło mu się we łbie!
Nareszcie, już była blisko dziewiąta, weszliśmy na ostatnią wyniosłość, porosłą gęstymi krzakami. Nowa komenda; plutony, idące jeden za drugim, poczęły stawać obok siebie. Gdy zaś dosięgliśmy szczytu wzgórza, kazano nam pochylić się i zniżyć broń, a wkońcu przyklęknąć.
Wtedy (pamiętasz Katz?) Kratochwil, który klęczał przed nami, wetknął głowę między dwie młode sosenki i szepnął:
— Patrzajcie-no!...
Od stóp wzgórza, na południe, aż gdzieś do krawędzi horyzontu, ciągnęła się równina, a na