Przejdź do zawartości

Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 — Warto, warto!... — mówił zadowolony książe. — Takiego nie było jeszcze między nami.
 Usłyszała to, mijająca ich właśnie panna Izabela i — pobladła. Przystąpił do niej młody człowiek z wczorajszej kwesty.
 — Zmęczyła się pani? — rzekł.
 — Trochę — odpowiedziała ze smutnym uśmiechem. — Przychodzi mi do głowy dziwne pytanie — dodała po chwili — czy ja też potrafiłabym walczyć?
 — Czy z sercem? — zapytał. — Nie warto...
 Panna Izabela wzruszyła ramionami.
 — Ach, gdzież znowu z sercem. Myślę o prawdziwej walce z silnym nieprzyjacielem.
 Ścisnęła go za rękę i opuściła salon.
 Wokulski, prowadzony przez hrabinę, minął długi szereg pokojów. W jednym z nich, zdala od zaproszonych gości, rozlegały się śpiewy i dźwięki fortepianu. Gdy weszli tam, uderzył go szczególny widok. Jakiś młody człowiek grał na fortepianie; z dwu bardzo przystojnych dam, stojących przy nim, jedna udawała skrzypce, druga klarnet; przy tej zaś muzyce tańczyło kilka par, między któremi znajdował się tylko jeden mężczyzna.
 — Oj! wy zbytnicy! — zgromiła ich hrabina.
 Odpowiedzieli wybuchem śmiechu, nie przerywając zabawy.
 Minęli i ten pokój i weszli na schody.

 — Ot, widzisz — rzekła hrabina — to jest