Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stojny młodzieniec i wszyscy troje, z wielkim szelestem, poszli ku drzwiom, zatrzymując się przy innych stolikach. Każdy z asystującej tam młodzieży gorąco witał pannę Izabelę, a ona każdego obdarzała temi samemi, zupełnie temi samemi spojrzeniami, które Wokulskiemu zachwiały rozum. Wreszcie wszystko ucichło; hrabina i panna Izabela opuściły kościół.
Wokulski ocknął się i spojrzał bliżej siebie. Pięknej pani z dzieckiem już nie było.
— Jaka szkoda! — szepnął, i uczuł lekkie ściśnięcie serca.
Natomiast, obok krzyża leżącego na ziemi, wciąż klęczała młoda dziewczyna w aksamitnym kaftaniku i jaskrawym kapeluszu. Gdy zwróciła oczy na oświetlony grób, jej także błysnęło coś na wyróżowanych policzkach. Jeszcze raz ucałowała nogi Chrystusowi, ciężko podniosła się i wyszła.
„Błogosławieni którzy płaczą... Niechże przynajmniej tobie zmarły Chrystus dotrzyma obietnicy“ — pomyślał Wokulski i wyszedł za nią.
W kruchcie spostrzegł, że dziewczyna rozdaje jałmużnę dziadom. I opanowała go okrutna boleść, na myśl, że z dwu kobiet, z których jedna chce się sprzedać za majątek, a druga już się sprzedaje z nędzy, ta druga, okryta hańbą, wobec jakiegoś wyższego trybunału, może byłaby lepszą i czystszą.
Na ulicy zrównał się z nią i zapytał:
— Dokąd idziesz?