Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Trzeba raz zerwać z tem kramarstwem — odezwał się po chwili. — Interes żaden, a wymagania ogromne.
— Zerwać z naszymi kupcami?... — spytał zdziwiony Rzecki.
— Zerwać z żydami — wtrącił półgłosem Lisiecki. — Bardzo dobrze robi szef, wycofując się z tych parszywych stosunków. Nieraz aż wstyd wydawać reszty, tak pieniądze zalatują cebulą.
Wokulski nic nie odpowiedział. Usiadł do swej księgi i udawał, że rachuje, ale naprawdę nie robił nic, nie miał siły. Przypominał sobie tylko swoje niedawne marzenia o uszczęśliwieniu ludzkości i osądził, że musi być mocno zdenerwowany.
— Rozigrał się we mnie sentymentalizm i fantazya — myślał. — Zły to znak. Mogę ośmieszyć się, zrujnować...
I machinalnie przypatrywał się niezwykłej fizyognomii damy, która wybierała neseserki. Była ubrana skromnie, miała gładko uczesane włosy. Na jej twarzy białej i razem żółtej, malował się głęboki smutek; zpoza ust przyciętych wyglądała złość, a ze spuszczonych oczu błyskał czasami gniew, niekiedy pokora.
Mówiła głosem cichym i łagodnym, a targowała się jak stu skąpców. To było zadrogie, tamto zatanie; tu plusz stracił barwę, tam zaraz odlezie skórka, a owdzie ukazuje się rdza na okuciach. Lisiecki już cofnął się od niej rozgniewany, Klejn