Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drogę na ulicach, dzwoni do mieszkań, albo pisuje listy z prośbą o wsparcie. Ale dziś — tylko zrozumiałam lepiej słowa Zbawcy: „komu wiele dano, od tego wiele żądać będą“.
Zresztą — dodała, wzruszając ramionami — mężczyźni w tak bezceremonialny sposób zaszczycają nas swojem uwielbieniem, że nietylko już nie dziwię się ich nadskakiwaniu albo impertynenckim spojrzeniom, ale temu, gdy jest inaczej. Jeżeli w salonie spotkam człowieka, który mi nie mówi o swej sympatyi i cierpieniach, albo nie milczy posępnie w sposób zdradzający jeszcze większą sympatyą i cierpienia, albo nie okazuje mi lodowatej obojętności, co ma być oznaką najwyższej sympatyi i cierpień; wtedy — czuję, że mi czegoś brak, jak gdybym zapomniała wachlarza, albo chusteczki... O ja ich znam! tych wszystkich don Juanów, poetów, filozofów, bohaterów, te wszystkie tkliwe, bezinteresowne, złamane, rozmarzone, albo silne dusze... Znam, całą tę maskaradę i zapewniam cię, że dobrze się nią bawię. Cha! cha! cha!... jacy oni śmieszni...
— Nie rozumiem cię, Belciu... — wtrąciła panna Florentyna, rozkładając ręce.
— Nie rozumiesz?... Więc chyba nie jesteś kobietą.
Panna Florentyna zrobiła giest przeczący, a następnie powątpiewający.
— Posłuchaj — przerwała panna Izabela. — Od roku już straciliśmy stanowisko w świecie. Nie za-