Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w zasmoloną koszulę, z rękawami zawiniętemi wyżej łokcia; w lewej ręce, tuż przy piersi trzyma karty ułożone w wachlarz, w prawej, którą podniósł nad głowę, trzyma jednę kartę, widocznie w tym celu, aby ją rzucić na przód siedzenia powozu. Reszty postaci nie widać z pośród dymu.
„Co on robi, ojcze?“ — pyta się zalękniona panna Izabela.
„Gra ze mną w pikietę“ — odpowiada ojciec, również trzymając w rękach karty.
„Ależ to straszny człowiek, papo!“
„Nawet tacy nie robią nic złego kobietom“ — odpowiada pan Tomasz.
Teraz dopiero panna Izabela spostrzega, że człowiek w koszuli patrzy na nią jakimś szczególnym wzrokiem, ciągle trzymając kartę nad głową. Dym i para kotłujące w dolinie, chwilami zasłaniają jego rozpiętą koszulę i surowe oblicze; tonie wśród nich — nie ma go. Tylko z poza dymu widać blady połysk jego oczów, a nad dymem obnażoną do łokcia rękę i — kartę.
„Co znaczy ta karta, papo?“... — zapytuje ojca.
Ale ojciec spokojnie patrzy we własne karty i nie odpowiada nic, jakby jej nie widział.
„Kiedyż nareszcie wyjedziemy z tego miejsca?“
Ale choć powóz drży i słońce, odbite w skrzydle, posuwa się ku tyłowi, ciągle u stopni widać