Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Izabela zamyślając się. — Jest tam stary subjekt, który wygląda trochę na dziwaka, ale nadzwyczajnie uprzejmy... Ach, zdaje mi się, że kilka dni temu poznałam i właściciela... Wygląda na gbura...
— Wokulski gbur?... — zdziwił się pan Tomasz. — Jest on wprawdzie trochę sztywny, ale bardzo grzeczny.
Panna Izabela wstrząsnęła głową.
— Niemiły człowiek — odpowiedziała z ożywieniem. — Teraz przypominam go sobie... Będąc we wtorek w sklepie, zapytałam go o cenę wachlarza. Trzeba było widzieć, jak spojrzał na mnie!... Nie odpowiedział nic, tylko wyciągnął swoją ogromną, czerwoną rękę do subjekta, (nawet dość eleganckiego chłopca) i mruknął głosem, w którym czuć było gniew: panie Morawski, czy Mraczewski, (bo nie pamiętam), pani zapytaje o cenę wachlarza. A... nieciekawego znalazł papo wspólnika!... — śmiała się panna Izabela.
— Szalonej energii człowiek, żelazny człowiek — odparł pan Tomasz. — Oni tacy. Poznasz ich, bo myślę urządzić w domu parę zebrań. Wszyscy oryginalni, ale ten oryginalniejszy od innych.
— Papa tych panów chce przyjmować?...
— Muszę naradzać się z niektórymi. A co do naszych — dodał, patrząc w oczy córce — zapewniam cię, że gdy usłyszą kto u mnie bywa, ani jednego nie zabraknie w salonie.
W tej chwili weszła panna Florentyna, zapra-