Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Panna Izabela wychyliła się z szesląga i ujęła rękę panny Florentyny.
— Florciu — rzekła, zniżając głos — komu ty to mówisz?... Więc naprawdę uważasz mnie — tylko — za pannę na wydaniu, która nic nie widzi i niczego nie pojmuje?... Myślisz, że nie wiem — domówiła jeszcze ciszej — że już miesiąc, jak pieniądze na utrzymanie domu pożyczasz od Mikołaja...
— Może właśnie ojciec chce tego...
— Czy i tego chce, ażebyś mu co rano podkładała kilka rubli do pugilaresu?
Panna Florentyna spojrzała jej w oczy i poruszyła głową.
— Zadużo wiesz — odparła — ale nie wszystko. Już od dwu tygodni, może od dziesięciu dni, widzę, że ojciec miewa po kilkanaście rubli...
— Więc zaciąga długi...
— Nie. Ojciec nigdy nie zaciąga długów w mieście. Każdy wierzyciel przychodzi z pożyczką do domu i w gabinecie ojca dostaje kwit albo procent. Nie znasz go pod tym względem.
— Więc zkądże teraz ma pieniądze?
— Nie wiem. Widzę, że ma i słyszę, że zawsze je miał.
— Pocóż w takim razie zezwala na sprzedaż sreber? — pytała natarczywie panna Izabela.
— Może chce zirytować rodzinę.
— A kto wykupił jego weksle?