Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Kto wie, czyś nie zgadł.
— Zgaduję więcej, aniżeli myślisz...
Wokulski nagle roześmiał się.
— Aha, więc tak sądzisz? — zawołał. — Upewniam cię, że nic nie wiesz, stary marzycielu.
— Boję się twojej trzeźwości, pod wpływem której, gadasz jak waryat. Rozumiesz mnie, Stasiu?...
Wokulski wciąż się śmiał.
— Masz racyą, nie przywykłem pić i wino uderzyło mi do głowy. Ale — już zebrałem zmysły. Powiem ci tylko, że mylisz się gruntownie. A teraz, ażeby ocalić mnie od zupełnego upicia, wypij sam — za pomyślność moich zamiarów.
Ignacy nalał kieliszek i mocno ściskając rękę Wokulskiemu, rzekł:
— Za pomyślność wielkich zamiarów...
— Wielkich dla mnie, ale w rzeczywistości bardzo skromnych.
— Niech i tak będzie — mówił Ignacy. — Jestem tak stary, że mi wygodniej nic nie wiedzieć; jestem już nawet tak stary, że pragnę tylko jednej rzeczy — pięknej śmierci. Daj mi słowo, że gdy przyjdzie czas, zawiadomisz mnie...
— Tak, gdy przyjdzie czas będziesz moim swatem.
— Już byłem i nieszczęśliwie... — rzekł Ignacy.
— Z wdową, przed siedmioma laty?
— Przed piętnastoma.