Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


owszem, może nawet za sentymentalne. Zraziły mnie dopiero twoje krótkie odpowiedzi.
— Alboż ja do ciebie mam żal?...
— Tem mniej możesz go mieć do innych pracowników, którzy nie znają cię tak, jak ja.
Wokulski ocknął się.
— Ależ ja do żadnego z nich nie mam pretensyi. Może — odrobinę — do ciebie, żeś tak mało pisał o... mieście... W dodatku bardzo często ginął Kuryer na poczcie, robiły się luki w wiadomościach, a wtedy męczyły mnie najgorsze przeczucia.
— Z jakiej racyi? Wszakże u nas nie było wojny — odparł ze zdziwieniem pan Ignacy.
— Ach tak!... Nawet dobrze bawiliście się. Pamiętam, w grudniu mieliście świetne żywe obrazy. Ktoto w nich występował?...
— No, ja na takie głupstwa nie chodzę.
— To prawda. A ja tego dnia dałbym — bodaj — dziesięć tysięcy rubli, ażeby je zobaczyć. Głupstwo jeszcze większe!... Czy nie tak?...
— Zapewne — chociaż dużo tu tłomaczy samotność, nudy...
— A może tęsknota — przerwał Wokulski. — Zjadała mi ona każdą chwilę wolną od pracy, każdą godzinę odpoczynku Nalej mi wina, Ignacy.
Wypił, zaczął znowu chodzić po pokoju i mówić przyciszonym głosem.
— Pierwszy raz spadło to na mnie w czasie