Strona:PL Bolesław Prus - Lalka Tom1.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co za młodych! Lepsi z nich przed nami poszli w ziemię a najmłodsi — djabła warci. Już są między nimi i tacy, co o Napoleonie nie słyszeli.
— Mój słyszał i zapamięta — odparł ojciec, mrugając okiem w moję stronę,
Pan Domański jeszcze bardziej upadał na duchu.
— Świat idzie do gorszego — mówił, trzęsąc głową. — Wikt coraz droższy, za kwaterę zabraliby ci całą pensyą, a nawet co się tyczy anyżówki i w tem jest szachrajstwo. Dawniej rozweseliłeś się kieliszkiem, dziś po szklance jesteś taki czczy, jakbyś się napił wody. Sam Napoleon nie doczekałby się sprawiedliwości!
A na to odpowiedział ojciec:
— Będzie sprawiedliwość choćby i Napoleona nie stało. Ale i Napoleon się znajdzie.
— Nie wierzę — mruknął pan Raczek.
— A jak się znajdzie, to co?... — spytał ojciec.
— Nie doczekamy tego.
— Ja doczekam — odparł ojciec — a Ignaś doczeka jeszcze lepiej.
Już wówczas zdania mego ojca głęboko wyrzynały mi się w pamięci, ale dopiero późniejsze wypadki nadały im cudowny, nieomal proroczy charakter.
Około roku 1840 ojciec zaczął niedomagać. Czasami po parę dni nie wychodził do biura, a wreszcie nadobre legł w łóżku.