Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Przyszedł bez naszej wiedzy i odszedł, nie pytając — rzekł Hiram. — Każdy z nas postępuje jak spiskowiec.
Skarbnik pokręcił głową.
Ramzes szybko przebiegł odległość dzielącą jego willę od pałacyku Tutmozisa. Gdy wszedł do pokoju, Hebron z płaczem rzuciła mu się na szyję.
— Umieram z trwogi!... — zawołała.
— Lękasz się o Tutmozisa?
— A cóż on mnie obchodzi? — odparła Hebron, robiąc pogardliwy grymas ustami. — Ty jeden obchodzisz mnie... o tobie jednym myślę... o ciebie się lękam...
— Błogosławioną niech będzie twoja trwoga, która choć na chwilę uwolniła mnie od nudów... — rzekł, śmiejąc się, faraon. — Bogowie! jakiż to ciężki dzień... Gdybyś słyszała nasze narady, gdybyś widziała miny naszych doradców!... I jeszcze, nadomiar wszystkiego, podobało się czcigodnej królowej uczcić nasze zebranie swoją obecnością... Nigdy nie przypuszczałem, że dostojeństwo faraona może mi tak dokuczyć...
— Nie wymawiaj tego zbyt głośno — ostrzegła Hebron... — Co poczniesz, jeżeli Tutmozisowi nie uda się opanować świątyni?
— Odbiorę mu naczelne dowództwo, schowam do skrzyni moją koronę i włożę hełm oficerski — odpowiedział Ramzes. — Jestem pewny, że gdy sam wystąpię na czele wojska, bunt upadnie...
— Który?... — zapytała Hebron.
— Ach, prawda, że mamy aż dwa bunty! — zaśmiał się Ramzes. — Pospólstwo przeciw kapłanom, kapłani przeciw mnie...
Pochwycił Hebron w objęcia i zaprowadził na kanapę, szepcząc:
— Jakaś ty dziś piękna!... Ile razy widzę cię, zawsze wydajesz mi się zupełnie inną i coraz piękniejszą...