Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stwo kapłanów. Wpuszczeni przez mego wiecznie żyjącego ojca do pałacu, myślą dziś, że zostali jego właścicielami... Ależ na bogi, czemże ja wkońcu zostanę wobec ich wszechmocy!... I czy nie wolno mi upomnieć się o moje królewskie prawa?...
— Przynajmniej... przynajmniej — odezwała się pani po namyśle — bądź miłosierny... Tak, prawa musisz odzyskać, ale nie pozwalaj swoim żołnierzom, aby gwałcili święte przybytki lub krzywdzili kapłanów... Pamiętaj, że łaskawi bogowie zsyłają radość na Egipt, a kapłani mimo swych błędów (któż ich nie ma!) niezrównane usługi oddają temu krajowi... Pomyśl tylko, że gdybyś ich zubożył i rozpędził, zniszczyłbyś mądrość, która nad inne ludy wywyższyła nasze państwo...
Faraon wziął matkę za obie ręce, ucałował ją i, śmiejąc się, odparł:
— Kobiety zawsze muszą przesadzać!... Ty, matko, przemawiasz do mnie, jakgdybym był wodzem dzikich Hyksosów, nie zaś faraonem. Czyliż ja chcę krzywdy kapłanów?... Czy nienawidzę ich mądrości, choćby nawet tak jałowej, jak śledzenie obrotów gwiazd, które i bez nas chodzą po niebie, nie zbogacając nas o jednego utena?...
Nie drażni mnie ich rozum, ani pobożność, ale nędza Egiptu, który wewnątrz chudnie z głodu, a nazewnątrz boi się lada asyryjskich pogróżek. Tymczasem kapłani, pomimo swojej mądrości, nietylko nie chcą mi pomagać w moich królewskich zamiarach, ale w najbezczelniejszy sposób stawiają opór.
Pozwól więc, matko, abym przekonał ich, że nie oni, lecz ja jestem panem mego dziedzictwa. Nie umiałbym mścić się nad pokornymi — ale podepczę karki zuchwalców.
Oni wiedzą o tem, ale jeszcze nie dowierzają i — w braku sił rzeczywistych — chcą zastraszyć mnie zapowiedzią jakowejś klęski. Jest to ich ostatnia broń i ucieczka... Gdy więc zrozumieją, że nie lękam się strachów, upokorzą się... A w ta-