Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 03.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sądku, owszem, z każdą chwilą brał górę nad swoim antagonistą wewnętrznym.
O, gdyby można było ukryć się w której kolumnie!... Niechby wówczas szukali... Choć zapewne niktby go nie szukał i nie znalazł, a on, przespawszy się, odzyskałby panowanie nad sobą.
— Cóż mnie tu może spotkać? — mówił, wzruszając ramionami. — Bylebym uspokoił się, mogą mnie gonić po całym Labiryncie... Wszak do przecięcia mi wszystkich dróg trzebaby kilku tysięcy ludzi, a do wskazania, w której sali jestem — chyba cudu!...
No, ale przypuśćmy, że złapią mnie... Więc i cóż!... Biorę ten oto flakonik, przykładam do ust i w jednej chwili uciekam tak, że mnie już nikt nie złapie... Nawet bogowie...
Lecz pomimo rozumowań, znowu schwyciła go tak straszna trwoga, że po raz drugi zgasił pochodnię i, drżąc, szczękając zębami, wcisnął się pod jedną z kolumn.
— Jak można... jak można było wchodzić tutaj!... — mówił do siebie. — Alboż nie miałem czego jeść... na czem wesprzeć głowy?... Prosta rzecz, że jestem odkryty... Przecież Labirynt posiada mnóstwo czujnych jak psy dozorców, i tylko dziecko albo głupiec mógłby myśleć o oszukaniu ich...
Majątek... władza!... Gdzież jest taki skarb, za który wartoby oddać jeden dzień życia?... I oto ja, człowiek w sile wieku, naraziłem swoje...
Zdawało mu się, że usłyszał ciężkie stuknięcie. Zerwał się i — w głębi sali — zobaczył blask!...
Tak jest: blask rzeczywisty, nie złudzenie... W odległej ścianie, gdzieś na końcu, stały otwarte drzwi, przez które w tej chwili ostrożnie wchodziło kilku zbrojnych ludzi z pochodniami.
Na ten widok kapłan uczuł zimno w nogach, w sercu, w głowie... Już nie wątpił, że nietylko jest odkryty, ale ścigany i otoczony.