Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwyciężone narody — on dla wszystkich ma jeden i ten sam martwy uśmiech.
Dziewiętnaście królewskich dynastyj minęło, jak cienie, ale on uśmiechał się i uśmiechałby się nawet wówczas, gdyby Nil wysechł, a Egipt zginął pod piaskami.
Nie jestże to potwór, tem okropniejszy, że ma łagodną twarz ludzką? Sam wiekuisty, nigdy nie zaznał żalu nad znikomością świata, przepełnionego nędzami.
— Nie pamiętasz, panie, oblicza bogów — wtrącił Pentuer — albo nie widziałeś mumij? Wszyscy nieśmiertelni z takim samym spokojem patrzą na rzeczy mijające. Nawet i człowiek, o ile już sam minął.
— Bogowie niekiedy słuchają naszych próśb — mówił, jakby do siebie, książę — ale on niczem się nie wzrusza. Nie jest litością, ale olbrzymiem szyderstwem i strachem. Gdybym wiedział, że w jego ustach kryje się wróżba dla mnie, albo sposób podźwignięcia państwa, jeszcze nie śmiałbym go zapytać. Zdaje mi się, że usłyszałbym jakąś straszną rzecz, wypowiedzianą z nieubłaganym spokojem. On taki jest, ten utwór i obraz kapłanów. Gorszy od człowieka, bo ma lwi korpus; gorszy od zwierzęcia, bo ma ludzką głowę; gorszy od skały, bo kryje się w nim niepojęte życie.
W tej chwili doleciały ich jękliwe i stłumione głosy, których źródła nie można było oznaczyć.
— On śpiewa?... — spytał zdziwiony książę.
— To w podziemnej świątyni — odparł kapłan. — Ale dlaczego oni modlą się o tej porze?
— Powiedz lepiej: dlaczego oni wogóle modlą się, kiedy ich nikt nie słyszy?
Pentuer, szybko zorjentowawszy się, poszedł w stronę, skąd dolatywały śpiewy. Książę znalazł jakiś kamień z oparciem i usiadł znużony. Rozciągnął ręce za siebie, odchylił się i patrzył w olbrzymią twarz Sfinksa.
Pomimo braku światła, wyraźnie było widać nadludzkie