Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/280

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— O bogowie!... szepnął Ramzes. — Czy aby mnie on nie grozi?...
— Bądź spokojny, panie: gdybyś się zaraził, jużbyś go miał...
Książę poczuł zimno we wszystkich członkach. Jakże łatwo bogom z najwyższych szczytów zepchnąć człowieka w przepaść najgłębszej nędzy!...
— A tenże nikczemny Lykon?...
— Jest to wielki zbrodniarz — mówił Pentuer — zbrodniarz, jakich niewielu wydała ziemia....
— Znam go. Jest podobny do mnie, jak obraz odbity w lustrze... — odparł Ramzes.
Teraz nadciągnęła gromada Libijczyków, prowadzących osobliwe zwierzęta. Na czele szedł jednogarbny wielbłąd z białawym włosem, jeden z pierwszych, jakiego złapano w pustyni. Za nim dwa nosorożce, stado koni i oswojony lew w klatce. A dalej mnóstwo klatek z różnobarwnemi ptakami, małpkami i małemi pieskami, przeznaczonemi dla dam dworskich. Wkońcu pędzono wielkie stada wołów i baranów na mięso dla wojska.
Książę ledwo rzucił okiem na wędrujący zwierzyniec i pytał kapłana:
— A Lykon schwytany?...
— Teraz powiem ci najgorszą rzecz, nieszczęśliwy panie — szeptał Pentuer. — Pamiętaj jednak, aby nieprzyjaciele Egiptu nie dostrzegli smutku w tobie...
Następca poruszył się.
— Twoja druga kobieta, Sara Żydówka...
— Czy także uciekła?...
— Zmarła w więzieniu...
— O bogowie!... Któż śmiał ją wtrącić?...
— Sama oskarżyła się o zabójstwo syna twego...
— Co?...
Wielki krzyk rozległ się u stóp księcia: to maszerowali