Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Na twój, dusigroszu, ogolony łeb nie spadnie, bo będzie myślał, że to co innego!... — odparł nieprzytomny Grek. Lecz widząc, że książę nie daje mu poparcia, cofnął się do swego obozu.
— Czy naprawdę — spytał Ramzes kapłana — czy naprawdę kazałeś, święty mężu, pobić jeńców, wbrew mojej obietnicy, że otrzymają łaskę?...
— Wasza dostojność nie byłeś w obozie — odparł Mentezufis — więc na ciebie nie spada odpowiedzialność za ten czyn. Ja zaś pilnuję się naszych praw wojennych, które nakazują tępić zdradzieckich żołnierzy. Żołnierze, którzy poprzednio służyli jego świątobliwości, a następnie połączyli się z nieprzyjaciółmi, mają być natychmiast zabijani — oto ustawa.
— A gdybym ja był tutaj?...
— Jako naczelny wódz i syn faraona, możesz zawieszać wykonanie pewnych ustaw, których ja muszę słuchać — odparł Mentezufis.
— Nie mógłżeś więc zaczekać do mego powrotu?
— Ustawa każe zabijać natychmiast, więc spełniłem jej wymagania.
Książę był tak oszołomiony, że przerwał dalszą rozmowę i udał się do swego namiotu. Tam dopiero, upadłszy na fotel, rzekł do Tutmozisa:
— Ależ ja już dziś jestem niewolnikiem kapłanów!... Oni mordują jeńców, oni grożą moim oficerom, oni nawet nie szanują moich zobowiązań... Nicżeście nie mówili Mentezufisowi, kiedy kazał zabijać tych nieszczęsnych?...
— Zasłaniał się prawem wojennem i nowemi rozkazami Herhora...
— Ależ właściwie ja tu jestem wodzem, choć wyjechałem na pół dnia.
— Wyraźnie zdałeś dowództwo w ręce moje i Patroklesa —