Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


naśladując ich, uszykowali się w osiem szeregów naprzeciw głównego korpusu.
— Podsunąć rezerwy — rzekł książę. — Spojrzyj-no — zwrócił się do jednego z adjutantów — czy lewe skrzydło już gotowe.
Adjutant, ażeby lepiej ogarnąć wzrokiem dolinę, pobiegł między procarzy i — nagle upadł, ale dawał znaki ręką. W jego zastępstwie wysunął się inny oficer i niebawem przybiegł, oświadczając, że oba skrzydła książęcego oddziału już stoją uszykowane.
Od strony oddziału Patroklesa zgiełk wzmacniał się, i naraz podniosły się nad wzgórza gęste, czarne kłęby dymu. Do księcia przybiegł oficer od Pentuera z doniesieniem, że greckie pułki zapaliły obóz Libijczyków.
— Rozbić środek — rzekł książę.
Kilkanaście trąbek, jedna po drugiej, zagrały hasło do ataku, a gdy umilkły, w środkowej kolumnie rozległa się komenda, rytmiczny łoskot bębnów i szmer nóg piechoty, maszerującej zwolna, w takt:
— Raz... dwa!... raz... dwa!... raz... dwa!...
Teraz komendę powtórzono na prawem i na lewem skrzydle; znowu zawarczały bębny, i skrzydłowe kolumny ruszyły naprzód: raz.. dwa!... raz... dwa!...
Libijscy procarze zaczęli cofać się, zasypując kamieniami maszerujących Egipcjan. Ale choć coraz upadał jakiś żołnierz, kolumny szły ciągle, szły zwolna, porządnie: raz... dwa!... raz... dwa!...
Żółte tumany, wciąż gęstniejące, znaczyły pochód egipskich bataljonów. Procarze nie mogli już miotać kamieni, i nastała względna cisza, wśród której rozległy się jęki i szlochania ranionych wojowników.
— Rzadko kiedy tak dobrze maszerowali na musztrach! — zawołał książę do sztabu.
— Nie boją się dziś kija — mruknął stary oficer.