Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dłonią czerpali jego cuchnącą wodę; inni, zasiadłszy na ziemi, wydobywali z torby daktyle, albo z glinianych butelek pili wodę z octem.
Wysoko, nad obozem, krążyło kilka sępów.
Ramzesa na ten widok ogarnął nieopisany żal i strach. Przed oczyma zaczęły mu latać muszki, stracił przytomność i przez mgnienie oka zdawało mu się, że oddałby tron, byle nie znajdować się w tem miejscu i nie widzieć tego, co nastąpi. Zsunął się z cypla i obłąkanemi oczyma patrzył przed siebie.
Wtem zbliżył się do niego Pentuer i mocno targnął go za ramię.
— Ocknij się, wodzu — rzekł. — Patrokles czeka na rozkazy...
— Patrokles?... — powtórzył książę i obejrzał się.
Przed nim stał Pentuer blady, ale spokojny. O parę kroków dalej, równie blady Tutmozis w drżących rękach trzymał oficerską świstawkę. Z za pagórka wychylali się żołnierze, na których twarzach widać było głębokie wzruszenie.
— Ramzesie — powtórzył Pentuer — wojsko czeka...
Książę z rozpaczliwą determinacją spojrzał na kapłana i zduszonym głosem szepnął:
— Zaczynać...
Pentuer podniósł do góry swój błyszczący talizman i nakreślił nim kilka znaków w powietrzu. Tutmozis cicho świsnął, świst ten powtórzył się w dalszych wąwozach na prawo i na lewo i — na wzgórza poczęli wdrapywać się egipscy procarze.
Było około dwunastej w południe.
Ramzes powoli ochłonął z pierwszych wrażeń i uważniej począł oglądać się dokoła. Widział swój sztab, oddział kopijników i toporników pod dowództwem starych oficerów, wreszcie procarzy, leniwie wchodzących na skałę... I był pewny, że ani jeden z tych ludzi nietylko nie pragnie zginąć, ale nawet nie chciałby walczyć i ruszać się pod straszliwą spiekotą.