Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie mają, lecz chcą mieć. Im także obmierzły rządy kapłańskie.
Następca pogardliwie machnął ręką.
— Woźnica jego świątobliwości — odparł — znaczy więcej, niźli wszyscy królowie, a tem bardziej jakiś tam król izraelski, którego jeszcze niema...
— W każdym razie wina Sary nie jest tak wielką — wtrącił Tutmozis.
— To też wiedz, że kiedyś zapłacę i kapłanom.
— W tym wypadku i oni nie są zbyt winni. Naprzykład dostojny Herhor uczynił tak, pragnąc zwiększyć sławę i potęgę twojej dynastji. Zresztą działał z wiedzą pani Nikotris...
— A Mefres poco miesza się do moich spraw?... — spytał książę. — Przecie on chyba powinien pilnować tylko świątyni, a nie wpływać na losy faraonowego potomstwa...
— Mefres jest starcem, który już zaczyna dziwaczeć. Cały dwór jego świątobliwości drwi dziś z Mefresa, z powodu jego praktyk, o których ja sam nic nie wiedziałem, choć prawie codzień widywałem i widuję świętego męża...
— A tu ciekawe... Cóż on robi?...
— Po kilka razy na dobę — odparł Tutmozis — odprawia solenne nabożeństwa w najtajemniejszej części świątyni i nakazuje swoim kapłanom, aby uważali: czy bogowie nie podnoszą go w powietrze, podczas modlitwy?...
— Cha!... cha!... cha!... — zaśmiał się następca. — I to wszystko dzieje się tu, w Pi-Bast, pod naszem okiem, a ja nic nie wiem...
— Tajemnica kapłańska...
— Tajemnica, o której mówią wszyscy w Memfis!... Cha... cha... cha!... W cyrku widziałem chaldejskiego kuglarza, który unosił się w powietrzu...
— I ja widziałam — wtrącił Tutmozis — ale to była sztuka. Tymczasem Mefres chce naprawdę wznieść się nad ziemię, na skrzydłach swej pobożności...