Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gdy książę wrócił do pałacu, wezwał Tutmozisa. Jeden z nich był przepity, drugi wściekły.
— Czy wiesz, com teraz widział? — rzekł książę do ulubieńca.
— Może który z kapłanów... — szepnął Tutmozis.
— Widziałem Asyryjczyków... O bogowie!... com ja uczuł... Cóż to za podły lud... Ciało ich od stóp do głów okręcone wełną, jak dzikich zwierząt, śmierdzą starym łojem, a co to za mowa, jakie brody, włosy!...
Szybko chodził po komnacie, zadyszany, rozgorączkowany.
— Myślałem — mówił Ramzes — że pogardzam złodziejstwami pisarzów, obłudą nomarchów, że nienawidzę chytrych i ambitnych kapłanów... Miałem wstręt do Żydów i lękałem się Fenicjan... Ale dziś przekonywam się, że tamto były zabawki. Teraz dopiero wiem, co jest nienawiść, kiedym zobaczył i usłyszał Asyryjczyków; teraz rozumiem, dlaczego pies rozdziera kota, który mu przeszedł drogę...
— Do Żydów i Fenicjan przywykłeś, wasza dostojność, zaś Asyryjczyków spotkałeś po raz pierwszy — wtrącił Tutmozis.
— Głupstwo Fenicjanie!... — ciągnął jakby do siebie książę. — Fenicjanin, Filistyn, Saszu, Libijczyk, nawet Etjopa, to jakby członkowie naszej rodziny. Kiedy nie płacą danin, gniewamy się na nich, gdy zapłacą, zapominamy...
Ale Asyryjczyk jest to coś tak obcego, tak wrogiego, że... Nie będę szczęśliwym, dopóki nie naliczę ze sto tysięcy odciętych rąk!...
Tutmozis nigdy nie widział Ramzesa w podobnym nastroju.