Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Gdyby mógł mieć Kamę na każde zawołanie, sprzykrzyłaby się mu bardzo prędko, a może nawet nie ubiegałby się za nią. Ale śmierć, stojąca na progu jej sypialni, zakochany śpiewak, a nareszcie to upokarzające stanowisko najwyższego dostojnika wobec kapłanki, wszystko to wytwarzało sytuację Ramzesowi dotychczas nieznaną, a więc ponętną.
I oto dlaczego, prawie co wieczór, od dziesięciu dni przychodził do ogrodów bogini Astoreth, zasłaniając twarz wobec przechodniów.
Pewnego wieczora, kiedy na uczcie w swoim pałacu wypił dużo wina, Ramzes wymknął się ze stanowczym zamiarem. Powiedział sobie, że dzisiaj wejdzie do mieszkania Kamy, a jej wielbiciele — niech sobie śpiewają pod oknami.
Szedł prędko przez miasto, lecz w ogrodach należących do świątyni zwolnił kroku, znowu bowiem uczuł wstyd.
„Czy słyszano kiedykolwiek — myślał — ażeby następca faraona biegał za kobietami, jak biedny pisarz, który znikąd nie może pożyczyć dziesięciu drachm? Wszystkie przychodziły do mnie, więc i ta przyjść powinna...“
I już chciał wrócić.
„A jednak ta nie może przyjść — mówił w duchu — gdyż zabiliby ją...“
Stanął i wahał się.
„Ktoby ją zabił?... Hiram, który w nic nie wierzy, czy Dagon, który już sam nie wie, czem jest?... Tak, ale jest tu mnóstwo innych Fenicjan i przewijają się setki tysięcy pielgrzymów fanatycznych i dzikich. W oczach tych głupców, Kama, odwiedzając mnie, popełniłaby świętokradztwo...“
Więc znowu poszedł w stronę pałacyku kapłanki. Ani pomyślał, że jemu grozić tu może niebezpieczeństwo. Jemu, który nie wydobywając miecza, samem spojrzeniem, cały świat może powalić do swych stóp. On, Ramzes, i niebezpieczeństwo!...
Gdy książę wyszedł z pośród drzew, spostrzegł, że dom ka-