Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


skie nie opłakują swoich dzieci. Więcej powiem: teraz, panie, zrozumiesz, dlaczego w naszych prawach niema kar na rodziców, zabijających swoje potomstwo, jak się to zdarza w Egipcie...
— Nikczemnicy znajdą się wszędzie — wtrącił namiestnik.
— Ale u nas niema dzieciobójców — mówił dalej Hiram — bo u nas dziećmi, których nie mogą wykarmić ich matki, zajmuje się państwo i świątynia.
Książę zamyślił się. Nagle uścisnął Hirama i zawołał wzruszony:
— Jesteście o wiele lepsi, aniżeli ci, którzy opowiadają o was tak straszne historje... Bardzo cieszę się z tego...
— I w nas jest niemało złego — odparł Hiram — ale wszyscy będziemy wiernymi sługami twoimi, panie, gdy nas zawołasz...
— Czy tak?... — spytał książę, bystro patrząc mu w oczy.
Starzec położył rękę na sercu.
— Przysięgam ci, następco egipskiego tronu i przyszły faraonie, że kiedykolwiek rozpoczniesz walkę z naszymi wspólnymi nieprzyjaciółmi, cała Fenicja, jak jeden mąż, pośpieszy ci z pomocą...
A oto — weź na pamiątkę naszej dzisiejszej rozmowy.
Wyjął z pod szat złoty medal, pokryty tajemnemi znakami i szepcząc modlitwy, zawiesił go na szyi Ramzesa.
— Z tym amuletem — mówił Hiram — możesz objechać cały świat... A gdziekolwiek spotkasz Fenicjanina, będzie ci służył radą, złotem, nawet mieczem... A teraz idźmy.
Upłynęło już kilka godzin po zachodzie słońca, ale noc była widna, gdyż wzeszedł księżyc. Straszliwy upał dzienny ustąpił miejsca chłodowi; w czystem powietrzu nie było szarego pyłu, który zatruwał oddech i gryzł w oczy. Na błękitnem niebie tu i ówdzie świeciły gwiazdy, rozpływające się w powodzi księżycowych blasków.
Na ulicach ustał ruch, ale dachy wszystkich domów były