Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


podobnie jak ja, żyją na twój koszt, bo już nie mają czego wydawać.
— Kiedyś wynagrodzę ich.
— Otóż — mówił Tutmozis — bierzemy z twego skarbu, bo nas gniecie niedostatek i — to samo robią nomarchowie. Gdyby mieli, wyprawialiby dla ciebie uczty i przyjęcia na swój koszt; ale że nie mają, więc przyjmują wynagrodzenie.
Czy i teraz nazwiesz ich filutami?...
Książę chodził zamyślony.
— Za prędko potępiłem ich — odparł. — Gniew, jak dym, zasłonił mi oczy. Wstydzę się tego, com powiedział, niemniej jednak chcę, ażeby ani ludzie dworscy, ani żołnierze i robotnicy nie doznawali krzywdy...
A ponieważ moje zasoby są wyczerpane, trzeba więc pożyczyć... Chyba sto talentów wystarczy, jak myślisz?
— Ja myślę, że nam nikt nie pożyczy stu talentów — szepnął Tutmozis.
Namiestnik wyniośle spojrzał na niego.
— Także się to odpowiada synowi faraona? — spytał.
— Wypędź mnie od siebie — rzekł smutnym głosem Tutmozis — ale mówiłem prawdę. Dziś nikt nam nie pożyczy, bo już nie ma kto...
— Od czegóż jest Dagon?... — zdziwił się książę. — Niema go przy moim dworze, czy umarł?
— Dagon mieszka w Pi-Bast, ale całe dni, razem z innymi kupcami fenickimi, przepędza w świątyni Astarty na pokucie i modłach...
— Skądże taka pobożność? Czy dlatego, że ja byłem w świątyni, to i mój bankier uważa za potrzebne naradzać się z bogami?
Tutmozis kręcił się na taborecie.
— Fenicjanie — rzekł — są zatrwożeni, nawet zgnębieni wieściami...
— O czem?