Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 02.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przed kapłanami, ba! niejeden posunął się do kradzieży w świątyniach i grobach...
Zatem precz z najemnikami... — mówił zapalczywie Mefres. — Kraj ma z nich same szkody, a sąsiedzi podejrzewają nas o nieprzyjacielskie zamysły...
— Precz z najemnikami!... Rozpędzić buntowniczych pogan!... — odezwali się kapłani.
— Gdy po latach, Ramzesie, wstąpisz na tron — mówił Mefres — spełnisz ten święty obowiązek względem państwa i bogów...
— Tak, spełnij!... Uwolnij twój lud od niewiernych!... — wołali kapłani.
Ramzes pochylił głowę i milczał. Krew uciekła mu do serca, czuł, że ziemia chwieje mu się pod nogami.
On ma rozpędzić najlepszą część wojska!... On, który chciałby mieć dwa razy większą armję i ze cztery razy tyle walecznych pułków najemnych!...
„Bez miłosierdzia są nade mną!...“ — pomyślał.
— Mów, z nieba zesłany Pentuerze — odezwał się Mefres.
— Tak więc, święci mężowie — ciągnął Pentuer — poznaliśmy dwa nieszczęścia Egiptu: zmniejszyły się dochody faraona i jego armja...
— Co tam armja!... — mruknął arcykapłan, pogardliwie wstrząsając ręką.
— A teraz za łaską bogów i waszem zezwoleniem okażę wam: dlaczego tak się stało i z jakich powodów skarb i wojska będą zmniejszały się w przyszłości.
Książę podniósł głowę i patrzył na mówiącego. Już nie myślał o człowieku, mordowanym w podziemiach.
Pentuer przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż amfiteatru, za nim dostojnicy.
— Czy widzicie u stóp waszych ten długi a wąski pas zieloności, zakończony szerokim trójkątem? Po obu stronach pasa leżą wapienie, piaskowce i granity, a za niemi obszary