Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzi dokoła siebie tyle dróg, że wkońcu nie może wyjść na świat.
Nomarcha zafrasował się.
— Co mam robić?... — zawołał. — Czego chcesz ode mnie, władco?... Rzeknij tylko słowo, a oddam ci mój urząd, majątek, nawet głowę.
A widząc, że książę łaskawie przyjmuje te zapewnienia, prawił dalej:
— W czasie podróży widziałeś lud tego nomesu. Powiesz, że nie byli wszyscy. Zgoda. Każę, aby wyszła cała ludność, a jest jej: mężów, kobiet, starców i dzieci około dwustu tysięcy sztuk. Z wierzchołka pylonu raczyłeś oglądać nasze terytorjum. Lecz jeżeli pragniesz, możemy zbliska obejrzeć każde pole, każdą wieś i ulicę miasta Sochem.
Nareszcie pokazałem ci urzędników, między którymi, prawda, że brakowało najniższych. Ale wydaj rozkaz, a wszyscy staną jutro przed twojem obliczem i będą leżeli na brzuchach swych.
Cóż mam więcej uczynić?... — odpowiedz, najdostojniejszy panie!...
— Wierzę ci, że jesteś najwierniejszy — odparł książę. — Objaśnij mi więc dwie rzeczy: jedną — dlaczego zmniejszyły się dochody jego świątobliwości faraona? drugą — co ty sam robisz w nomesie?...
Otoes zmieszał się, a książę prędko dodał:
— Chcę wiedzieć: co tu robisz i jakiemi sposobami rządzisz? gdyż jestem młody i dopiero zaczynam rządy...
— Ale masz mądrość starca! — szepnął nomarcha.
— Godzi się więc — mówił książę — ażebym ja wypytywał doświadczonych, a ty ażebyś mi udzielał nauk.
— Wszystko pokażę waszej dostojności i opowiem — rzekł Otoes. — Ale trzeba nam wydostać się w miejsce, gdzie niema tej wrzawy...
Istotnie w pałacu, który zajmował książę, na dziedzińcach