Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Na świątynię boskiej Izydy!... — wołała. — Składajcie, pobożni cudzoziemcy, na świątynię Izydy, bogini, która opiekuje się wszelkiem stworzeniem... Im więcej dacie, tem więcej otrzymacie szczęścia i błogosławieństw... Na świątynię matki Izydy!...
Rzucano jej na bębenek kłębki miedzianego drutu, niekiedy ziarnko złota. Jeden kupiec zapytał: czy można ją odwiedzić? — na co z uśmiechem skinęła głową.
Gdy weszła do frontowej galerji, harrańczyk Phut sięgnął do skórzanego worka i wydobył złoty pierścień, mówiąc:
— Istar jest bogini wielka i dobra, przyjmij to na jej świątynię.
Kapłanka bystro spojrzała na niego i szepnęła:
— Anael, Sachiel...
— Amabiel, Abalidot — odpowiedział tym samym tonem podróżny.
— Widzę, że kochasz matkę Izydę — rzekła kapłanka głośno. — Musisz być bogaty i jesteś hojny, więc warto ci powróżyć.
Usiadła przy nim, zjadła parę daktylów i, patrząc na jego dłoń, zaczęła mówić:
— Przyjeżdżasz z dalekiego kraju od Bretora i Hagita...[1]
Podróż miałeś szczęśliwą... Od kilku dni śledzą cię Fenicjanie — dodała ciszej.
Przyjeżdżasz po pieniądze, choć nie jesteś kupcem...
Przyjdź do mnie dziś po zachodzie słońca... Żądania twoje — mówiła głośno — powinny się spełnić...
Mieszkam na ulicy Grobów w domu pod Zieloną Gwiazdą — szepnęła.
Tylko strzeż się złodziei, którzy czyhają na twój majątek — zakończyła, widząc, że zacny Asarhadon podsłuchuje.

— W moim domu niema złodziei!... — wybuchnął Fenicjanin. — Kradną chyba ci, którzy tu z ulicy przychodzą.

  1. Duchy — północnej i wschodniej okolicy świata.