Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jako wolny żołnierz. Takich właśnie mi potrzeba — dodał, patrząc na Tutmozisa. — Ten nie umie mówić, jak dozorca domu ksiąg, ale gotów walczyć...
I znowu zaczął wypytywać o szczegóły najścia, a gdy murzyn opowiedział mu o zjawieniu się kapłana i jego cudzie, książę schwycił się za głowę, wołając:
— Jestem najnieszczęśliwszym człowiekiem w Egipcie!... Niezadługo nawet w mojem łóżku będę znajdował kapłanów... Skąd on?... Co on za jeden?
Tego murzyn nie umiał objaśnić. Powiedział jednak, że zachowanie się kapłana było bardzo życzliwe dla księcia i dla Sary; że napadem kierowali nie Egipcjanie, ale ludzie, których kapłan nazwał wrogami Egiptu i bezskutecznie wzywał ich, aby wystąpili naprzód.
— Dziwy!... dziwy!... — mówił w zamyśleniu książę, rzuciwszy się na łóżko. — Mój czarny niewolnik jest dzielnym żołnierzem i pełnym rozsądku człowiekiem... Kapłan broni Żydówki, dlatego, że jest moją... Co to za osobliwy kapłan?... Lud egipski, który klęka przed psami faraona, napada na dom następcy tronu, pod dowództwem jakichś wrogów Egiptu?... Muszę ja to sam zbadać...