Strona:PL Bolesław Prus - Faraon 01.djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Książę spuścił głowę.
— Ramzesie — ciągnął faraon — przez usta twoje nie przemawia dostojnik państwa, który dba o całość kanałów i życie robotników, ale człowiek rozgniewany. Gniew zaś nie godzi się ze sprawiedliwością, jak jastrząb z gołębiem.
— O mój ojcze — wybuchnął następca — jeżeli gniew mnie unosi, to dlatego, że widzę niechęć dla mnie Herhora i kapłanów...
— Przecież sam jesteś wnukiem arcykapłana, kapłani uczyli cię... Poznałeś więcej ich tajemnic, aniżeli którykolwiek inny książę...
— Poznałem ich nienasyconą dumę i chęć władzy. A że ukrócę to... więc już dziś są moimi wrogami... Herhor nie chce mi dać nawet korpusu, gdyż woli rządzić całą armją...
Wyrzuciwszy te niebaczne słowa, następca struchlał. Ale władca podniósł na niego jasne spojrzenie i odparł spokojnie:
— Armją i państwem rządzę ja. Ze mnie płyną wszelkie rozkazy i wyroki. Na tym świecie jestem wagą Ozyrysa i sam ważę sprawy moich sług: następcy, ministra czy ludu. Nieroztropnym byłby ten, ktoby sądził, że nie są mi znane wszystkie gwichty.
— Jednak, gdybyś ojcze patrzył na bieg manewrów własnemi oczami...
— Może zobaczyłbym wodza — przerwał faraon — który w stanowczej chwili ugania się po krzakach za izraelską dziewczyną. Ale ja o takich błahostkach nie chcę wiedzieć.
Książę upadł do nóg ojcu, szepcząc:
— Tutmozis powiedział ci o tem, panie?...
— Tutmozis jest dzieciakiem, jak i ty. On już robi długi, jako szef sztabu w korpusie Menfi, i myśli w swem sercu, że oko faraona nie dosięgnie jego spraw w pustyni.