Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drewniane i blaszane, oprócz ławy, stołu na koziołkach i skrzyni w kwiaty, posiadała jeszcze malowany stół, takież łóżko i parę prostych krzesełek. Okna były tu sześcioszybowe i otwierane, na ścianach zaś wisiało kilkanaście obrazów za szkłami.
Dwaj Żydzi, przybyli z miasteczka, stojąc pod ogromnym glinianym piecem, uważnie oglądali bursztyn i szwargotali coś między sobą. Gdy wszedł Wojciech, nastąpiły powitania, poczem jeden z przybyłych rzekł:
— Ładna sztuka! my tokarze znamy się na tem. Czy to do sprzedania?
— Juści że tego w chałupie trzymać darmo nie będę. A cobyśta dali?
Poszwargotawszy znowu ze wspólnikiem, Żyd odpowiedział:
— Dziesięć rubli... może jedenaście...
— I, nie zawracalibyśta głowy! — odparł oburzony gospodarz. — Mnie Josek już dawał za to piętnaście rubli... może nie prawda, Małgoś, co?
Zdrowa i hoża kobiecina, którą za spódnicę trzymał silnie syn najmłodszy, odpowiedziała twierdząco.
— Piętnaście rubli to jeszczeby można dać, choć ze strachem — powiedział drugi Żyd — ale dla nas to wielkie ryzyko. Jeżeli chceta zarobić więcej, to porąbcie go na kawałki, a wtedy lepiej wam wypadnie, bo każdy będzie mógł kupić. No, Wojciechu, chcecie piętnaście rubli?
— Nie chcę.
— A nie macie czego innego do sprzedania?... może skóry?
— Może żyto? — dodał drugi Żyd.
— Nie mam nic, idźta z Bogiem!
Gdy Żydzi wyszli, Wojciech po namyśle zwrócił się do żony:
— Słyszysz, Małgoś, co te pary gadają, żeby bursztyn potłuc?