Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pragnąc jednak zatrzeć przykre wrażenie, spytał znowu Gotlieba:
— Czy nie będziesz pan w naszem miasteczku na balu składkowym?
— Ja? — spytał zdziwiony ajent, podnosząc głowę.
— Wyrobię panu zaproszenie! — zauważył dobrotliwie dziedzic dóbr.
— Zaproszenie? Ja do Torunia nie pojechałem na bal, choć mnie tam sami zaprosili.
— Nie dziwię się; Toruń przecież dalej...
— No tak! — przerwał ajent. — Ale w Toruniu jest towarzystwo, w którem ja mogę być na balu.
Teraz Letkiewiczowi przyszło na myśl, że jego sąsiad, pan Anastazy Paliwoda, za podobną odpowiedź z pewnością wyrzuciłby ajenta za okno. Przez chwilkę, sam on miał chęć wyrzucić go przynajmniej za drzwi; barbarzyńskie te jednak zachcianki szybko przeszły, gdy przypomniał sobie, że von Oschuster ofiaruje mu za majątek dwadzieścia tysięcy więcej, niż inni. Skończyło się więc na tem, że milcząc poszedł do gabinetu.
Tymczasem, wezwany przez służącego do jaśnie pana, Josek włożył swojej dziesięciorublowej kobylinie worek sieczki na łeb, a idąc do dworu, rzekł do lokaja:
— Słuchaj ty Ignac! chcesz ty ode mnie dostać paczkę papierosów?
— Cobym nie miał chcieć!
— Nu, to idź ty do Wojciecha do stodoły i zapytaj go się, czego on chce? A jak on ci powie, że chce gadać z jaśnie panem, to ty jemu powiedz, że jaśnie pan powiedział, co on z takim ciarachem nie gada.
— Pójdę! — odparł lokaj — ale dacie dwie paczki.
— Ny, ny!
W kilka minut potem markotny Wojciech, po krótkiej rozmowie z lokajem, wracał do wsi, klnąc na czem świat