Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja tam kraść nie będę! — odparł Szymek, bystro spojrzawszy na handlarza.
— Ny, nie macie żyta, to mi dacie gęś.
— Sam mam dwie całe gęsi.
— To mi też dacie jedną, a nie, to pójdę do gminy.
Chłop zacisnął pięści, lecz uspokoił się i rzekł:
— Dam ci gęś, dam!...
Po tej konkluzji podali sobie ręce na znak zgody i rozeszli się: handlarz do dworu, a Szymek ciężkim krokiem do stodoły.
Tu usiadł na ławie, oparł łokcie na kolanach, twarz na szerokich i spracowanych dłoniach, i tak siedział aż do rozpoczęcia na nowo młocki.
A gospodarz Wojciech stał sobie tymczasem ze swym kijem, ze swym workiem i bursztynem wielkości bułki chleba. Widział on i odgadł rozmowę handlarza z Szymkiem, widział jego frasunek, przypomniał sobie jego zakład z Walkiem i pomyślał.
— Oj, ten Szymek! mocny bo mocny, ale głupi taki, że pożal się Boże!... Żeby go kto namówił, toby człowieka zabił...
A potem, patrząc w stronę dworu, szepnął:
— Hej, ty Żydzie, nie okpij mnie, bo cię nieszczęście spotka!...
I ściśniętą pięść wyciągnął z gestem groźby.
Tymczasem dwaj mali chłopcy zaprzęgli do maneżu dwie pary wysokich i chudych koni i poczęli je poganiać, gwiżdżąc i strzelając z batów.
W stodole rozległy się krzyki podających snopy do młocki, maszyna warczała i jęczała, a Wojciech wciąż myślał:
— Ten Szymek to taki głupi, żeby nawet Joska zabił.