Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MAREK. Cóż to znaczy?
WŁADYSŁAW. Aha!... Nic, nic... Pewien nasz znajomy radzi Leonowi, aby został tu na parę miesięcy...
MAREK. Jaki znajomy?
LEON. Pan Henryk.
MAREK. Aaa... to ten niski, z czarnemi faworytami?...
WŁADYSŁAW. To... to!
ANTONI (do Marka). Cóż sąsiedzie, źle wyszliśmy na wystawie?
MAREK. Niech Bóg błogosławi Helenkę za jej wcale nie kobiecy rozum i was za uczciwe serca. Gdyby nie to, wyszedłbym jak Zabłocki na mydle...
MATEUSZ. Jak ja na interesach...
LEON. Albo jak ja na...
MAREK. No, co tam dużo gadać! Jedno złe przeszło, drugie przejdzie, a tymczasem... chodźmy na butelczynę, ja funduję!