Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co? dwadzieścia groszy za to łoże Madejowe i za kawałek drogi?
— Taki kurs, my dojeżdżamy do wystawy.
— A niechże was tu Pan Bóg kocha! — zaklął pan Mateusz i wyskoczył z siedzenia tak nieszczęśliwie, że kozła na bruku wywrócił.
Zrobił się gwałt, litościwi przechodnie podnieśli pacjenta, wsadzili w dorożkę, i dowiedziawszy się o mieszkaniu, odesłali na koszt odbierającego.

∗             ∗

Nadszedł wieczór, a strudzeni bieganiną pozostali znajomi nasi zasiedli do kolacji, bawiąc się mniej więcej następującą rozmową:
WŁADYSŁAW. No, niema co mówić, udała się wystawa.
MAREK. W każdym razie nie lepsza od wiedeńskiej (do warszawiaka). Co... panie?...
WARSZAWIAK. Ale gdzież znowu, sto razy lepsza!
ANTONI. Pan był na wiedeńskiej?
WARSZAWIAK. To jest... tak jakbym był.
WŁADYSŁAW. Więceś pan nie był?
LEON i MAREK (razem). Ale!... jakże!...
WARSZAWIAK. Właściwie... ale tego... Jeździłem wtedy do Częstochowy, tam i napowrót, i słyszałem od takich, co byli.
ANTONI i WŁADYSŁAW (razem). Aha!
MAREK (do garsona). Dasz, gapiu, czy nie dasz te kaczki?...
MARKIER. Zaraz się upieką, jaśnie panie.
MAREK. Więc dajże nam tymczasem po porcji polędwicy i parę butelek czerwonego.
ANTONI. Sąsiedzie! sąsiedzie!
MAREK (z gniewem). Cóż u djabła monitujecie mnie jak