Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się pana Kleofasa, jakby zapytując, czy jest podobieństwo między nim a podanym rysopisem?...
— Gbur ten głowy nie czesał, ludziom się nie kłaniał, rozwalał się na krzesłach, wyciągając daleko swoje laskowate nogi, chłopców w cukierniach beształ, przechodniów na ulicy potrącał...
Figura pana Kleofasa nikła stopniowo za gęstemi obłokami dymu z dwukopiejkowego cygara.
— Ale do czasu dzban wodę nosi! — ciągnął dalej pan Paweł. — Ten gbur, ten grubjanin, rozbijający wszystkich, trafił raz...
— Panie Pawle!... — przerwał Kleofas drżącym z gniewu głosem.
— Trafił raz na nagniotek takiego samego jak on brutala, który jak złapie kija...
— Pawle... zapominasz się!...
— Jak zacznie lać wzdłuż, wpoprzek...
— Pawle... bo mnie wywiedziesz z cierpliwości!...
— Wzdłuż, wpoprzek, wukos pana Kleofasa...
— Jesteś impertynent!... jesteś człowiek bez wychowania! — wrzasnął pan Kleofas, i cisnąwszy na podłogę swego cennego Esmeraldosa, wybiegł jak oparzony z pokoju.
Pan Paweł, widząc to, odetchnął...
— I cóż ty, Jasiu... hę?...
— Trzeba być grzecznym! — westchnął ładny Jaś, któremu niewiadomo, czy opowiadanie pana Pawła, czy też dym pana Kleofasa, przywrócił naturalne blado-różowe rumieńce, na obliczu już od dwu lat pielęgnowanem za pomocą scyzoryka.