Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/046

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Miły Jaś był tymczasem czerwony jak piwonja, a spotniały, jak za najgorętszych szkolnych czasów.
— Słuchaj, Jasiu! — reflektował młodzieńca pan Paweł. — Nigdy nie wierz poglądom dziwaków, ale temu, co się dzieje na świecie — a na świecie ludzie, o ile umieją, starają się być grzecznymi dla siebie. Gdyby nie te drobne ustępstwa wzajemne, jakich się wszyscy codzień ku zgorszeniu pana Kleofasa dopuszczamy, gdyby nie te ustępstwa, powtarzam, to my trzej i podobni do nas chodzilibyśmy z głowami obandażowanemi, zębami powybijanemi, żebrami połamanemi, a nawet, kto wie, kto wie... czybyśmy mogli jeszcze chodzić...
— Cha! cha!... cha!... — zaśmiał się ironiczny Kleofas. — Jasiu!... złoty, tortowy, śmietankowy Jasiu, nie słuchaj bredni safandułów, ale faktów, faktów!... czy ty uważasz?... faktów!...
— Prosimy o fakta! — pochwycił pan Paweł.
— Tak!... — dodał jeszcze bardziej zarumieniony Jaś, i chciał dokończyć zaczętego frazesu, ale że go w tej chwili skromność pochwyciła za gardziołko, więc umilkł.
— Chcecie faktów?... dobrze!... — mówił wielbiciel dwukopiejkowych Esmeraldosów. — Otóż, czy znacie Wojciecha, który u mnie służył za lokaja?...
— Aha! tego, z którym besztaliście się po całych...
— Pawełku!... — oburzył się pan Kleofas. — Otóż ten Wojciech póki był u mnie, póty znał służbę, odznaczał się pilnością i punktualnością, celował w pokorze i innych cnotach...
— O... tak! — westchnął pan Paweł.
— Pawełku! — upomniał go Kleofas, otaczając się kłębami dymu, od którego muchy z sufitu upadały na ziemię, a potem ciągnął dalej:
— Otóż Wojciech, po odejściu ode mnie...
— Nota bene przez cyrkuł...
— Pawełku!... Otóż tyle razy wymieniony Wojciech do-