Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szelestem nóg poważyłem się przypomnieć mu cały niesmak miejsc gratisowych. Nie przeszkadzam! nie przeszkadzam!... lecz i nie zazdroszczę. Z tego punktu słuchany tenor przypomina nawoływania rozwożących węgle, sopran spazmy, a bas pastwisko.
Lecz otóż znowu aleja główna; przechodniów niewielu, a ławki prawie puste. Siadam na jednej, aby podsłuchać szeptów.
— Nie byłaś wczoraj...
— Nie mogłam...
— Unikasz mnie, gniewasz się!...
— Nie...
— Pozwól mi rączkę... Wszak mnie kochasz?... Nie kochasz!... No, powiedz czy kochasz?...
— Nie... wiem...
— O kochasz!...
— Puść mi pan rękę...
— Nie puszczę...
— Puść!... Pomyśl tylko, co z tego będzie?...
GŁOS ZDALEKA. Mamo!... mamo!... gdzie mama?...
GŁOS BLIŻEJ. Ja tu, Maniu... chodź, chodź!...
Idźmy stąd; zostańcie w pokoju, szczęśliwi! Dusze wasze zbyt zajęte są w tej chwili, abyście mogli słyszeć szmer nadciągającej burzy i pojąć złowrogą przepowiednię, jaka padła na was z ust dziecka.
Jak cicho!... tylko młody ptak skrzeczy w gęstwinie... Dlaczegóż i ja nie miałbym dzielić spojrzeń moich między gwiazdy jasne i kochające oczy?...
Widzę jakieś światła. Tu błyszczą lampy altanki z wodą sodową, tam zapałka... Co mnie wreszcie obchodzą zapałki, woda sodowa i wszystkie wynalazki, kiedy mam dokoła noc, a nad głową niebo i drzewa szumiące?
Niby znam te miejsca, a nie znam? Zdaje się, żem zbłądził, i robi mi to przyjemność!