Strona:PL Bolesław Prus - Drobiazgi.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ooo... oo! — zdziwiło się towarzystwo.
— Bram tych jest aż sześć...
— A... ooo!... — był nowy wybuch zdziwienia.
— Jedna — ciągnąłem — patrzy na Saski Plac, druga na kościół ewangelicki, trzecia na Marszałkowską, czwarta na targ, piąta na ulicę Żabią, a szósta na Niecałą...
— Mamo... mamo!... — zawołał nagle spotniały Franio — a przez płot czy będziemy przełazić?
— Franiu, bądź grzeczny! — zgromiła go siostra. — Niechże nam pan powie, cóż tam więcej jest?...
— Uważa łaskawa pani, jest naprzód cztery kąty...
— I chi! chi!... jaki ty zbytny, panie Bolesławie — ucieszyła się mama.
— Cztery kąty bardzo interesujące, ponieważ w północno-wschodnim znajduje się strzelnica...
— Jezus! Marja! — zaoponowały damy.
— O, to sobie strzelę z parę razy!... — wykrzyknął Władzio i przeszedł na lewo.
— Strzelnica jednak nie funkcjonuje już od kilku tygodni...
— Coś się zepsuło... — zauważył Władzio już z prawej strony.
— W kącie południowo-wschodnim jest cukiernia...
— Aj... na lody, mamo, na lody!... — przerwała mi panna.
— Zajdziem!... zajdziem!...
— W kącie południowo-zachodnim jest zakład kumysowy, wody mineralne i mleczarnia...
— Chryste Panie!... — zdziwiła się mama. — W takim sadzie mleczarnia?... A zsiadłegoż mleka dostanie?...
— O dostanie!...
— Zajdziemże i tam...
— W kącie północno-zachodnim jest plac dla dzieci...
— Bożeż ty mój!... — wykrzyknęła matrona. — A cóż ony tam robią?...