Strona:PL Barrie - Przygody Piotrusia Pana.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tonia tak stanowczym głosem, że rośliny zmieszały się jeszcze bardziej. Ktoś napomknął przezornie, że lepiejby było z Tonią nie zadzierać. — Ręczę wam, że nie prosiłabym was o to, gdybym nie miała słuszności — dodała jeszcze Tonia, a to oszołomiło do reszty rośliny. Jedne więc mruknęły tylko: — „Piękna pogoda, co?“, inne pokiwały głowami szepcząc: — „Tak to bywa w życiu“, bo i rośliny potrafią wyrażać się z ironią. Tonia tymczasem przyglądała im się uważnie, a widząc, że niektóre z nich nie mogą używać przechadzki, bo nie mają lasek do podpierania się, rzekła uprzejmie: — Słuchajcie, zanim wybiorę się na bal elfów, odbędę z każdym z was porządną przechadzkę. Wesprzyjcie się tylko na mnie mocno.
Rośliny zaklaskały w ręce z uciechy i Tonia rozpoczęła pierwszy spacer. Obejmowała z wielką ostrożnością wiotkie talie roślin i kwiatów, ustawiała jak należy ich nóżki, bo niektóre wykrzywiały je niemożliwie i każdą po kolei prowadziła po Aleji dzidziusiów. Była równie uprzejma dla krajowych, jak i cudzoziemskich roślin, choć nie rozumiała ani słowa z tego, co te ostatnie mówiły między sobą.
Kwiaty i rośliny zachowywały się naogół wcale grzecznie, parę tylko dąsało się, narzekając, że Tonia