Strona:PL Barrie - Przygody Piotrusia Pana.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wczesny zimowy zmrok zaczął osnuwać park cały i tłumy ludzi cisnęły się ku wyjściu. Wkrótce wyszli wszyscy, nawet i te dzieci, które zawsze zostają w tyle, a potem muszą biedz ile sił starczy, żeby dogonić rodziców, czy piastunkę. Ale Tonia nie widziała nikogo. Z pod mocno zaciśniętych powiek płynęły jedna za drugą gorzkie łzy rozczarowania i zawodu. Kiedy nareszcie otworzyła oczy, uczuła, ze jakiś chłód dojmujący spoczął na jej rączkach i nóżkach i ciężarem bezmiernym przytłoczył serce. Była to śmiertelna cisza, która zapanowała teraz w Parku leśnym. A potem rozległo się w oddali donośne „Bum!“ i z drugiego końca parku „Bum!“ i jeszcze jedno, odleglejsze „Bum!“... Stróż zamknął ostatnią bramę.
Zaledwie przebrzmiał ten łoskot, Tonia usłyszała, że ktoś mówi: — „No, wreszcie będzie można rozprostować kości!“ Głos szedł z góry i brzmiał jak skrzypienie źle nasmarowanych drzwi. Tonia spojrzała do góry i zobaczyła, że stary wiąz przeciąga się i postękuje. Chciała już do niego zagadać, bo nigdy jej nie przychodziło na myśl, żeby wiąz umiał mówić, gdy tuż niedaleko zadźwięczał metaliczny głosik małej łopatki, wbitej w śnieg nieopodal studni. Łopatka mówiła do wiąza: — „Niezły mamy