Strona:PL Antoni Malczewski, jego żywot i pisma.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


było dość wielkie: ciepłomierz Réaumura stał na l st. pod zero. Nazbierano prędko rośliny rododendron, która jeszcze rośnie na tych skałach, a naniecony wielki ogień wkrótce ogrzał i rozweselił naszą gromadkę. Po wieczerzy śmieliśmy się i rozmawiali; powiadano mi wiele dziwnych rzeczy o tych górach, nakoniec przewodnicy moi układli się spać około ogniska, a mnie dano wygodniejsze miejsce na jednym, mniej niż inne, ostrym i chropawym kamieniu. Znajdowaliśmy się pod ogromnem urwiskiem skały, która wisiała nad nami, a za najmniejszym powiewem wiatru dym okrywał nam twarze; to widowisko było dla mnie tak nowe, żem nie mógł spokojnie zostawać na miejscu; wdrapałem się na bryłę kamienia niedaleko z tamtąd leżącą. Xiężyc oświecał te pełne skał i lodów pustynie, ale nic oka zabawić, ani umysłu uspokoić niemogło; ludzie spiący naokoło gasnącego już ognia, zdawali się być przychodniami do krainy śmierci, gdzie uledz mieli nieodzownemu losowi, którym wiszące nad głową bryły lodu i śniegu groziły. Zimno nakoniec spędziło mię z miejsca z któregom się przypatrywał. Obudzili się ze snu przewodnicy, naniecono znowu ognia, i resztę nocy spędziliśmy na rozmowie. O godzinie