Strona:PL Antoni Malczewski, jego żywot i pisma.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziwiłem się jak wszyscy wyniosłym górom i roskosznym dolinom ojczyzny waćpana; lecz brzegi genewskiego jeziora nadewszystko mi się podobały, przypatrywałem się z tamtąd lodowatym wierzchołkom gór szamuńskich, i ubolewałem, gdym przy zachodzie słońca nie mógł już ich widzieć, lub gdy obłoki skrywały ich wierzchołki przed moim wzrokiem; nakoniec podczas pięknego jednego wieczoru w lipcu, tak mię spaniały widok góry-białej zachwycił, żem postanowił przypatrzeć się jej zbliska. Nie będę opisywał waćpanu podróży mojej z Genewy do Szamuni, sama tylko góra-biała zajmowała moja uwagę, i pałałem niecierpliwością wstąpienia na jej wierzchołek. W Salenches, gdziem pierwszą noc przepędził, chciałem zasięgnąć wiadomości, lecz mi ją dano w sposób bardzo niepochlebny mojemu zamiarowi: wystawiano mi nieskończone trudności, powiadano o ogromnych rozpadlinach, które się niewiadomo jakim potworzyły sposobem; wreszcie, że niepodobna już było zbliżyć się do góry-białej, i śmiano się, gdym powiedział, że chcę wyjść na jej wierzchołek. Nazajutrz nowe nieszczęście, niebo się zachmurzyło, i powiadano mi o deszczu w ten sposób, jakoby mię z honorem miał wy-