Strona:PL Antoni Malczewski, jego żywot i pisma.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I z tą cichą pokorą, co się nie użala        1435
Choć i najsroższych kaźni ciężkie dźwiga brzemię,
W swej niemej pobożności jakby wbita w ziemię?
Blady, jak łysk od gromnic co mu na twarz wbiega,
Smutny, jak spiew umarłych co się tam rozlega,
Z poziomego zniżenia gryzie go wiara tłoczy,        1440
Jak robak świętojański świecą jego oczy.
Ah! to pana miecznika siwa, nędzna głowa,
Niedawno żonę stracił, teraz córę chowa;
Nato huśtał kołyskę by w trumnie uspili,
Nato jej woził lamę żeby całun szyli.        1445
I, dziwno, tak nieczułym zdał się na pogrzebie,
Jakby już dusza jego była z córką w niebie.
I takim był i potym, ni żalu, ni skargi,
Nikomu nie zwierzyły wypłowiałe wargi;
Ni łez w hardem spojrzeniu nie było oznaki;        1450
Mniej z ludźmi, więcej z bogiem, a zresztą jednaki.
Codzień on w jednej porze chodził pokryjomu;
Lecz nim wydano hasła, powracał do domu.
Raz, i północ minęła, a miecznik nie wraca;
I gdy patrząca czujność nadzieję utraca,        1455
Gdy dziko grają trąby, a ze snu, jak z procy,
Rzucili się rycerze k’zemście lub pomocy,
Znaleźli go w cmentarzu, przy córki i żony