Strona:PL Antoni Malczewski, jego żywot i pisma.djvu/079

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przez niezmierzone niwy, tam gdzie już równina
Zda się kończyć, i znów się w płaszczynę zagina,
Dochodząc, naprzeciwko jasnego obłoku,
Jak rycerze powietrzni wydali się oku.
Lecz coż widać na wzgórku? z bliskiego rozdołu,        965
Kłęby dymu z iskrami buchają pospołu,
Wiją olbrzymie słupy, co zgjęte u góry
W ciężkie, czarne, skrwawione, rozchodzą się chmury.
Lecz coż słychać na wzgórku? w przyległej nizinie,
Płacz, jęki, krzyk rozpaczy, w słomianej dziedzinie,        970
Co biorąc serce w kręgi przeraźliwem brzmieniem,
Nawet pierś w stal oprawną podnoszą westchnieniem.
„Baczność, do broni wiara, chorągiew rozwinąć,
„Tatarzy wieś rabują, zwyciężyć lub zginąć!“
I nagle jak wodostok, rycerze zajadli        975
Z błyszczącym szumem z góry na dolinę wpadli.
Tak pożar z rąk łupieżców wieś całą ochłonął;
Gdy lud zlękły, bezbronny, w krwi i łzach utonął.
Lecz nie czas koić boleść ni mienie ratować,