Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/371

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lub oczeretem zaszumi bagnisko.
Sznurem, łańcuchem jakieś ptactwo białe,
Poważnie sobie siedziało nad rzeką,
Po za wodami spojrzenie wytrwałe
Dostrzegło góry, co gdzieś tam daleko...
Las nieskończony, ciągnął się las siny,
Zasłaniał zachód, gdzie jutrzenka blada,
Gdzie słońce ziemskie obiegłszy krainy,
Na wypoczynek do snu się układa.

Bojaźń mi była od dziecka nieznana,
Bom wszystkich ludzi uważał za braci,
I nie wierzyłem w obecność szatana,
Który się snuje w widomej postaci.
Raz mi troskliwa piastunka powiada:
— „Nie biegaj w nocy... bo wilków bez liku,
Nie chodź do sadu, tam czartów gromada,
Po całych nocach hula przy strumyku!“
Tego mi trzeba: ledwie noc nastanie,
Już ja do sadu pobiegłem ochoczy,
Nie iżbym wielce smakował w szatanie,
Ale mi pilno oglądać go w oczy.
Idę odważnie... lecz noc coś się sroży,
Coś mi z pomroki groziło widocznie,
Coś mi się zdało, że cały świat boży
Patrzy co dziecię bezrozumne pocznie?