Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie dał jałmużny, a więc poszedł daléj.
Jeszcze bogatszy dom widzi z daleka,
Ztamtąd go ledwie kijmi nie wygnali.
Gdy tak przechodził od chaty do chaty,
W całej go wiosce chybiła jałmużna.
Co miała przyjąć zasiłek bogaty,
Wisi u boku jego sakwa próżna.

Wtedy do chaty ubogiej powraca,
Co pogardliwie minął w pierwszej chwili.
Tutaj przynajmniej nie zawiodła praca,
Skórynkę chleba suchego rzucili.
Jak pies go schwycił lękliwą paszczęką.
I poszedł gryźć go daleko od drogi.
Tak ja, wzgardziwszy, co było pod ręką,
Z młodu rzuciłem rodzicielskie progi,
I nadaremnie byłem wstrzymywany:
Za nic głos braci, łzy matki rzęsiste,
Daremnie szumiał mój las ukochany,
Że nie masz niebios nad niebo ojczyste,
Nigdzie nie gości taki spokój błogi
Jak na rodzinnym zagonie lub łące!
Też same słowa przyjaznéj przestrogi
Mówiły fale tutejsze, szumiące.
Lecz nie wierzyłem głosom tajemniczym,
Bo mię znudziła rodzicielska strzecha,